Polityka historyczna i jej wrogowie
Kazimierz Michał Ujazdowski, Tomasz Merta, Robert Kostro
(Z książki Kazimierza Michała Ujazdowskiego Batalia o instytucje, wcześniej: Gazeta Wyborcza. Opinie, 06.04.2006 r. )
W ostatnich tygodniach na łamach najpoczytniejszych dzienników opublikowano kilka tekstów krytycznie odnoszących się do wszelkich przedsięwzięć określanych najczęściej wspólną nazwą „polityki historycznej”. Prócz długiej litanii zarzutów pod adresem tych, którzy teoretyczne postulaty starają się przemienić w praktyczne działania, można było w nich znaleźć także rytualnie powtarzane zaklęcia o niezbędności dyskusji i prowadzenia poważnego dialogu. Kłopot z żarliwymi entuzjastami dialogu jest jednak, niestety, ten, że zdumiewająco często okazują się oni zaprzysięgłymi monologistami, którzy zamiast słuchać argumentów swoich adwersarzy, wolą powtarzać w kółko stereotypowe opinie, jakie przywykli uważać za oczywiste. Wydaje się, że tak właśnie ma się rzecz z dialogiem na temat polityki historycznej. Zarzuty, jakie stawia się jej twórcom i zwolennikom, są w zdecydowanej większości niesprawiedliwe, ich fundamentem są zaś uprzedzenia i irracjonalne lęki, a nie poważna analiza krytykowanego projektu.
Grzech pierwszy: koniunkturalizm
Zgodnie z tym stereotypowym poglądem zwolennicy polityki historycznej są nade wszystko koniunkturalistami. Miłość do historii rozkwitła w nich wyłącznie z pragnienia krótkoterminowej politycznej korzyści. Polityka historyczna nie jest więc ostatecznie niczym więcej jak tylko sprytną sztuczką, dzięki której można zyskać wyborcze poparcie, trafiając w ludzkie oczekiwania i emocje. „Robotnicy ostatniej godziny” są nieodłączną częścią demokratycznego krajobrazu i nie ma żadnego powodu, by sądzić, że w przypadku polityki historycznej rzecz ma się inaczej. Jednakże budowanie na tej podstawie uogólniającej opinii, jakoby wszyscy upominający się o politykę historyczną działali z koniunkturalnych pobudek, wydaje się nazbyt pochopne. Warto przecież pamiętać i o tych, którzy w latach 90. odmawiali traktowania państwa jako spółki z ograniczoną odpowiedzialnością i za poważny błąd uważali redukowanie jego zobowiązań do sfery ekonomiczno-socjalnej. Autorzy tego tekstu należeli do tej szczupłej – powiedzmy to od razu – grupy polityków i publicystów, którzy upominali się o poważne traktowanie pamięci historycznej i patriotyzmu także wtedy, gdy zamiast politycznych profitów mogli liczyć najwyżej na opinię anachronicznych dziwaków. Wystarczy przypomnieć choćby kontrowersje i spory, jakie towarzyszyły akcji plakatowej i wystawie „Bohaterowie naszej wolności” zorganizowanej w 2001 r. przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, by zrozumieć, że to nie tyle zwolennicy polityki historycznej zmienili poglądy, ile zmieniła się polityczna koniunktura.
Grzech wtóry: reaktywność
Koniunkturalizm w opinii niektórych krytyków łączy się z reaktywnością. Wedle tego poglądu polityka historyczna pojawiła się w menu polskiej polityki wyłącznie jako reakcja na niemieckie i rosyjskie poczynania. I z tym jednak trudno w pełni się zgodzić – polityka historyczna nie jest w istocie rzeczy niczym więcej jak wyrażeniem przekonania o tym, że państwo nie może lekceważyć historii, że musi rozumieć, iż przeszłość nie jest zupełnie martwa, że nie przestała wywierać istotnego wpływu na nasze życie. Mówiąc o polityce historycznej, wskazujemy więc na odpowiedzialność państwa za stworzenie możliwości prowadzenia rzetelnych badań historycznych, za podtrzymywanie zainteresowania historią i za stałe toczenie batalii przeciw erozji pamięci zbiorowej. Sądzimy, że konsensus proceduralny, choć niewątpliwie ma dla demokracji znaczenie podstawowe, okazuje się pod wieloma względami niewystarczający. Dobre funkcjonowanie demokratycznego państwa wymaga czegoś więcej – wspólnoty obywateli konstytuującej się nie tylko wokół zespołu wspólnych wartości, lecz także symboli i historycznych przeżyć. Oczywiście oprócz tego aspektu wewnętrznego polityki historycznej, istotnego przede wszystkim dla tożsamości wspólnoty, ogromne znaczenie ma także jej aspekt zewnętrzny. W żadnym razie jednak nie jest tak, że jedynym sensem polityki historycznej jest pragnienie skutecznej rywalizacji z wizjami historycznymi innych państw.
Grzech trzeci: etnocentryzm
Nasi adwersarze wydają się lepiej od nas wiedzieć, jaka będzie rzeczywista treść polityki historycznej. W jej centrum znajdzie się podobno idea etnicznie pojmowanego narodu (oto dlaczego do nazwy Ministerstwa Kultury wróciły słowa „i Dziedzictwa Narodowego”), co nie tylko doprowadzi do automatycznego wykluczenia mniejszości, ale okaże się także bezprzykładnym zamachem na różnorodność świata ignorującym historię lokalną i niweczącym wszelkie próby podtrzymywania regionalnego patriotyzmu. Mało tego – w naszej opowieści nie będzie rzekomo żadnego miejsca na krytycyzm, bo cały porządek mówienia zostanie podporządkowany kreacji martyrologiczno-bohaterskiego mitu. Cel tych dążeń jest zdaniem krytyków całkiem oczywisty: z pomocą mitu niewinnej i bohaterskiej ofiary chcemy przeprowadzić zbiorową terapię narodową, utwierdzając megalomańskie skłonności Polaków i egzorcyzmując wszelkie zalążki poczucia winy za dokonane w przeszłości nieprawości. Jednym słowem, cały ten projekt jest zupełnie anachroniczny, a w dodatku jeszcze potencjalnie groźny, bo próbuje przywrócić bezrefleksyjny obraz Polski anielskiej.
W jednym wypada się z krytykami zgodzić: gdyby istotnie taki miał być sens polityki historycznej, zasługiwałby na potępienie. Tyle że, szczerze mówiąc, trudno nam się w tej karykaturze rozpoznać. Przywrócenie nazwy „Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego” nie jest świadectwem nacjonalistycznych skłonności, lecz jedynie próbą pokazania, że rola państwa w sferze kultury nie powinna być ograniczana do wspierania kultury wysokoartystycznej.
„Naród – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej”
Trudno też doprawdy odgadnąć, dlaczego nasi krytycy sądzą, że ignorujemy formułę utrwaloną w naszej konstytucji: „Naród – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej”. Ostrze naszego projektu w żadnym razie nie kieruje się przeciwko „innym”, bo uważamy, że budowanie tożsamości i pamięci historycznej na podstawie antagonizmu i kreacji wizerunku wroga wiedzie jedynie na manowce. Z drugiej jednak strony, z pewnością nie zaliczamy się do tych, którzy sądzą, że już samo mówienie o narodzie czy polskości jest ryzykowne, że może przebudzić upiory podłości lub bezkrytycznego idealizmu. Polskość pozostaje dla nas inspiracją i zobowiązaniem, a nie ograniczeniem i zagrożeniem. Wątpliwe też wydaje się nam, by rzeczywiście istniało trwałe, niemożliwe do przezwyciężenia napięcie między makronarracją narodową i mikronarracjami regionalnymi i mniejszościowymi. Oryginalność i niezwykłość idiomu polskiego wynikała przecież w znacznej mierze właśnie ze zdolności do twórczej asymilacji i przetworzenia różnorodnych elementów, tradycji i stylów życia. Walka z erozją wspólnotowej pamięci nie może więc być żadną miarą walką z różnorodnością.
Czy istotnie naszym celem jest kreowanie martyrologiczno-bohaterskiego mitu i kompletne odrzucenie historii krytycznej? Krótka odpowiedź brzmi: z pewnością nie. Ale zapewne warto pokusić się także o jej dłuższą wersję. Na początku należałoby podkreślić – co zdaje się jakoś naszym krytykom w niepokojący sposób umykać – że akurat w polskiej historii martyrologia była częściej rzeczywistością niż mitem. Poległym i zamordowanym winni jesteśmy pamięć i szacunek, nie znaczy to jednak, że chcielibyśmy budować opowieść o przeszłości wyłącznie wokół wątków martyrologicznych. Straszliwe świadectwo cierpień może uczynić wstrząsające wrażenie, pod warunkiem wszakże że nie odwołujemy się doń bezustannie. Nawiązanie rozmowy z młodym pokoleniem w ironicznych czasach, w jakich żyjemy, nie jest możliwe z pomocą niestrawnego dydaktyzmu, hagiografii czy nieumiarkowanie dawkowanego patosu.
Nie zapominając o krzywdach i cierpieniach, warto więc w opowieści o polskiej przeszłości zaakcentować to, co było optymistyczne i porywające, warto uwypuklić polski model dobrego życia, pokazać wartość naszej obyczajowości (będącą częściej przedmiotem kpin niż rozważnego namysłu), unaocznić fascynującą siłę polskiej kultury. Przesłanie takiej opowieści z natury rzeczy musi być przesłaniem pozytywnym. Jednakże wizja pozytywna nie może być wizją fałszywą. Nie idzie więc o to, by uchylać się od mówienia o rzeczach niegodnych czy kontrowersyjnych, ale o to, by zachować właściwy porządek mówienia, to znaczy taki, w którym afirmacja poprzedza (ale nie wyklucza!) krytyczny osąd.
Nie przeciwstawiajmy sobie historii bohaterskiej i krytycznej, bo potrzebujemy ich obu, ale nie sądźmy też (co zdają się robić nasi adwersarze), że historia krytyczna jest jedynym prawomocnym sposobem przedstawiania naszych dziejów. Co zabawne, ci, którzy sądzą, że naszym marzeniem jest opowiadać dzieje Polski na klęczkach, sami po cichutku przemykają do małej kapliczki, gdzie padają plackiem przed prorokami historii krytycznej. A jaki głośny krzyk podnoszą na najdrobniejszą uszczypliwość pod adresem – powiedzmy – Michała Bobrzyńskiego. Widać i dla nich istnieje grzech niewybaczalny i obrazoburczy: być krytycznym wobec tradycji krytycznej… Dyskusję na temat tego, czy o polskiej historii można mówić wyłącznie dobrze, czy wyłącznie źle, uważamy za umiarkowanie pożyteczną. Kompleks niższości i kompleks wyższości są w końcu siebie warte. Są problemy poważniejsze, choćby zastanowienie się nad tym, czy istotnie jest rzeczą właściwą prezentować ją wyłącznie jako ciąg walk i niepodległościowych zrywów. Wydaje nam się, że szczególnie teraz ważne jest, by opowieść o Polakach umiejących walczyć o wolność zrównoważyć inną narracją – o umiejętności roztropnego zabudowywania przestrzeni wolności, o zdolności do tworzenia i działania w czasach pokoju.
Anachroniczna terapia narodowa? Ani anachroniczna, ani terapia. Proponujemy, by patrzeć na politykę historyczną jako na przedsięwzięcie edukacyjne, a nie terapeutyczne. W tym sensie, choć dotyczy przeszłości, zwraca się ku przyszłości. Idzie o zbudowanie takiego modelu patriotyzmu, który będzie odpowiadał na współczesne wyzwania. Musi to być patriotyzm, który nie zapominając o swoich insurekcyjnych korzeniach, będzie wskazywał, jak należy działać w warunkach zdefiniowanych przez istnienie niepodległego państwa leżącego w szybko jednoczącej się Europie. Patriotyzm, który wzmocni swój związek z obywatelskością, przejawiając się nie tylko w szlachetnych deklaracjach, lecz także w gotowości do służby publicznej, do realnego – i odważnego – zaangażowania w życie naszej demokratycznej wspólnoty. Z pewnością taki cel może zostać osiągnięty tylko wtedy, gdy potrafimy znaleźć nowoczesne sposoby budowania historycznej narracji, gdy potrafimy powiedzieć to, co uważamy za szczególnie istotne, w języku zrozumiałym nie tylko dla nas, ale i dla młodego pokolenia. Chcielibyśmy, by Muzeum Historii Polski, nad którego powołaniem obecnie pracujemy, stało się takim ważnym dla młodych miejscem.
Spór zwolenników polityki historycznej z jej przeciwnikami nie może zostać rozstrzygnięty w publicystycznej dyskusji. Wierzymy jednak, że powołanie Muzeum Historii Polski stanie się momentem rzeczywistej weryfikacji zarówno naszych poglądów, jak i zasadności lęków naszych adwersarzy.
Ostatnia modyfikacja: 2010.01.08 11:34,
